
Choć przyznaję ...żarłam a nie jadłam . Miałam ze 3 wilcze ataki głodu po drodze no i słodycze zaczęły mi nagle smakować

Z tymi słodyczami to mam proste wytłumaczenie. Wszystko jest potrzebne , a w czekoladzie jest sporo łatwo przyswajalnego magnezu . Więc chyba to była potrzeba organizmu. No ale póki co jest ok.
Dalej ważę 143 kg . Chociaż w okolicy Nowego Roku było już 146 kg.
Wystarczyło tylko trochę wysiłku. Przestrzegania jadłospisu od dietetyka i już 3 kg mniej.
Przyznaję , że nie pisze wtedy kiedy mi wstyd lub mam doła. A wstyd mi było ostatnio strasznie bo ciągle walczę z papierosami. Mimo ,że już biłam sie w piersi , że już koniec, to zaraz potem coś w środku zaskowyczało ....a jak przytyjesz znowu 20 kg to co

No i "hajda trojka śnieg puszystyj" ..w to mi graj.
Dalej paliłam.
Nie raz powtarzam prawdę potwierdzoną przez wielu mądrych ludzi .
Organizm się przyzwyczaja . Organizm nie lubi zmian.
Cały proces odchudzania i odchodzenia od nałogów to przekonanie samego siebie do konkretnych celów. I do zmian.
I zawsze łatwiej jest nic nie robić albo odkładać na potem ......bo coś innego mamy do roboty , albo przeżyć to wszystko .......WIRTUALNIE.
A jak się ma jeszcze doła to już w ogóle łatwizna z tym nic nie robieniem.
Ja mam doła. Nie będę tu rozdzierać szat , ale było tak. Miałam kredyt - płaciłam 420 zeta miesiecznie , i emerytura + praca zapewniona do końca roku wszystko ładnie się zgadzało. Az tu wyleciałam z pracy końcem sierpnia i .....klops. Bo po opłaceniu raty i opłat które ja płacę ( telefon , internet ) ( mąż płaci resztę ) zostawało mi ZEROOOOOOOOO
No to tak wytrzymałam z oszczędnościami wrzesień i październik. W listopadzie było już cienko a grudzień to była załamka. No bo Święta , prezenty a ja bez kasy. Natychmiast zaczęłam żreć i palić . Awantura za awanturą, bo mąż też nie wyrabiał , a same moje papierosy 350 zeta miesięcznie. Ale przetrwałam. Ostania ratę zapłaciłam na początku grudnia. Ale narobiłam innych zaległości. Na szczęście te inne mogę ciut poprzesuwać i jakoś powoli , myślę , że do końca marca wyczołgam się na zero.

No i cały czas szukałam i szukam pracy . Tu też załamka. No bo po pierwsze .....kryzys. Więc pracodawcy z góry zakładają, że właściwie to ja im powinnam płacić , za łaskę przyjęcia na etat . A jak już mogę mieć pracę to np. za pół etatu na czarno 400 zeta. Przy czym te pół to jak się policzy to właściwie cały. a dojazdy.
Po drugie wyszło mi jako pewnik, że po 60-dziesiatce to sie cierpi obligatoryjnie na rozmiękczenie mózgu. I zazwyczaj daje mi to do zrozumienia dziad w okolicach 70 latek pozujący na macho.

Jak zwał tak zwał , pracy niet. Jak jakaś normalna oferta to zaraz ze 100 cv i jakie ja mam szanse.
Rzuciłam się na tak zwana "pracę zdalną" . Ale tu trzeba mieć dopiero farta. Żeby najpierw pracę dorwać a potem nie trafić na oszusta. Co to pracę owszem da , ale nie zapłaci.
Ale pora na podsumowanie.
Na samym dnie już nie jestem. Całkiem nieźle mi idzie ograniczanie palenie - z 40 dziennie zeszłam do 10.
Zapoznałam się z dietą Dash. No i wyszło mi ,że to prawie to samo co mój jadłospis. więc pomieszam ciut i będzie jeszcze lepiej.
Obiecywałam sobie , że wpisze zasady mojego jadłospisu, ale w ferworze porządków gdzieś mi się zapodziała teczka z tym wszystkim.
Ale znalazłam ją i w końcu zacząć wpisywać zasady.
No i nareszcie zaczęłam ćwiczyć. Kręcę pedałkami i macham górnymi odnóżami 2 x dziennie po 7 min. Zaczęłam tydzień temu - 2 razy dziennie po 5 min. Już jest lepiej.
Powoli znowu przyzwyczajam moją super zachowawczą i leniwa podświadomość do zmian.
BO WSZYSTKO ZACZYNA SIĘ I KOŃCZY W GŁOWIE