wtorek, 24 stycznia 2012

Ważę 149.8 kg , schudłam 11,6 kg od 17 października

Średnio 4kg na miesiąc to mało czy dużo.
Jak mam się do tego odnieść.
No bo jak byłam u lekarza, to bardzo chwalił i to , że pilnuję diety i pisze wszystko co jem i te ilości to są wręcz idealne dla zdrowia.
 Ale dla mnie to mało. No bo co to prawie 12 kg,  jak się ważyło ponad 161 kg . to tylko 7 % z małym haczkiem.
A jak czytam na różnych forach i tabloidach,  to jak komuś ubędzie 12 kg to prawie bohater narodowy.
No więc mam się cieszyć czy nie.
Chyba jeszcze nie, Przecież postanowiłam schudnąć o człowieka . To znaczy minimum 70 kg a to znaczy , że będę się cieszyć jak dojdę do 90 kg i nie zaczne tyć od nowa .
No ale...........
No właśnie .
Naoglądałam się programów o amerykańskich grubasach i oni chudną po operacjach - różnych  - zakładanie opaski, zeszycie i takie tam. Ale nie operacje  są najważniejsze.
 Najważniejsze są zwisy. Problem co z nimi robić pojawia sie u każdego kto zrzuca co najmniej 30 % wagi ciała.
Jak ktoś ważył np . 160 kg a potem już nie,  to ubyło wody, tłuszczu i takich tam,  ale została skóra z tymi wyssanymi komórkami tłuszczowymi.
No i tu zaczyna się jazda bez trzymanki.
No bo ja schudłam narazie tylko 12 kg i już biust jak u "starej Masajki".
Ale to nie jest największy problem. Jakoś upchak w dobrym staniku i po problemie
Największym problemem jest brzuch.
Przedyskutowałam temat na wizycie u lekarza  i ..........nic .
Parę dobrych rad w stylu .pas ściągający , masaże i politowanie w oczach szczupłej pani pielęgniarki  . I rozterka w oczach pana doktora,  No i obietnica, że za jakiś czas może ktoś ????? skieruje , bo przecież to trzeba będzie wyciąć. To - znaczy ZWIS.
No dobra . ja  rozumiem że  wszyscy chirurdzy plastyczni przenieśli się do prywatnych klinik .
To zrozumiałe. Bardziej im się opłaca podciągać powieki albo wstrzykiwać botoks  za ciężka kasę ,  niż wycinać jakieś kilogramy skóry na brzuchu i to w dodatku za nędzne grosze z funduszu.
Na tą chwilkę nie jest to jeszcze tragedia , ale moja rozbujała wyobraźnie mówi mi co będzie latem.
Utrzymanie tego w czystości i bez odparzeń to olbrzymia praca. .
Ja wiem teraz to i tak nie ma sensu niczego wycinać. Trzeba poczekać aż schudnę i waga się ustabilizuje,  bo przecież zawsze może być efekt jojo i mogę się nie zmieścić we własnym nieco okrojonym wcześniej organiźmie.
A jak  wygląda "jojo"  to mam najlepszy przykład w pracy. Pracuje ze mną prześliczna młoda kobieta , nieco - jak to dawniej mówiono - "opiekłego ciałka". Ale póki co , jest to jeszcze apetyczne i seksi. Oczywiście postanowiła się nieco odchudzić i "poszła w Dukana"
Schudła tyle co ja , i dopiero faceci się ślinili ( u mnie nie widać tej różnicy póki co  - ja narazie tylko robię się bardziej miękka)
Niestety nereczki koleżance  nie wytrzymały idiotyzmów zachwalanych przez francuza i portale z dietami i musiała przerwać jedzenie białka w takich ilościch.
No a pół roku później wróciło wszystko  i jeszcze 4 kilo więcej.  Na moje oko ma już nieco rozregulowany metabolizm. Zakładając , że lekarze maja rację mówiąc  że u kobiet po czterdziestce metabolizm znacznie zwalnia , szczególnie jak się nie ćwiczy , to widzę juz jak za rok - dwa popełniając  moje błędy ,  koleżanka będzie wyglądała jak pączek z wylewającym się masłem .
A za następne 2 -3 lata może wkroczyć na równię pochyłą po której ja zsuwałam się ostatnie 10 lat.
Ale mogę się tylko temu przyglądać,  bo ona nie słucha ani rad ani informacji - zupełnie jak ja wcześniej .
Ale co tam. Najważniejsza jestem Ja.
Zaczęłam nosić pas  i wymachuję odnóżami raz dziennie . To powinno jeszcze  podkręcić spalanie. Muszę  namówić Skarba , że też zaczął ćwiczyćto będzie łatwiej , a jak narazie to on przekłada organizm z fotela na kanapę albo na fotel samochodu.
Tłumaczy to bólem pleców.  A ja nie jestem w  materii ćwiczeń dla niego wiarygodna bo sama się zapuściłam i wyglądam jak mors.
Ciągle nie mam odwagi wkleić zdjęcia , nawet jak zamażę oblicze to i tak mi wstyd.
Ostatnio oglądałam program , gdzie jakaś nawiedzona psycholożka kazała paru grubaskom pokochać  się i zaakceptować swój wygląd .
 To miała być ich droga do szczęścia i radości życia. Sama oczywiście miała wygląd modelki i podejrzewam , że problemy grubasów znała wyłącznie z teorii.
A ja twierdzę , że jak ktoś jest estetą - chociaż odrobinę -  to nigdy w  życiu nie zaakceptuje siebie w postaci kadzi tłuszczu.
Ja nie mogę  na siebie patrzeć . Przez lata całe miałam lustra , które pokazywały tylko twarz i ewentualnie ramiona ( robiłam to podświadamie - znaczy wieszałam tylko takie lustra ) , więc nie widziałam swojej całej okropnej postaci. Ostatnio zobaczyłam ........brrrrrrrrrrr.
Czasem się zastanawiam jak mój mąż mnie znosi.  Echhhhhhhhhh.
Muszę zacząć pisać o tej swojej diecie . Może komuś to pomoże , a przynajmniej przekona ,że warto znaleźć dietetyka a nie kombinować samemu.

czwartek, 12 stycznia 2012

Agresja ???????? czy tolerancja , a może lenistwo

Agresor włącza mi się często. Właśnie siedzę w pracy . Obok mnie stoi puste biurko z komputerem na którym co i rusz ktoś coś robi.
I jestem w stanie to znieść . Wszystkich z wyjątkiem jednej osoby. Facet wydaje takie odgłosy ,że jest mi niedobrze. A nie daj "bosze" jak postanawia zjeść śniadanko i przejrzeć internet to mam odruch wymiotny. Najchętniej wywaliłabym go z mojego miejsca pracy na kopach.  Ale cóż.  Nie mogę , nie wypada. Tego nie przewidują normy współżycia w społeczeństwie.
Kiedyś mówiłam o sobie , że jestem tolerancyjna.
Guzik prawda cała moja wielka idea wzięła w łeb jak dotarło do mnie ,że to tylko lenistwo.
Zwyczajnie i po prostu. Nie jestem tolerancyjna tylko po prostu nie chce mi się czasem albo mój agresor nie jest odpowiednio pobudzony.
Wiele rzeczy mi przeszkadza na codzień . Wiele mnie wkurza . Ale wygodniej jest nie zwracać na to uwagi.
Jak kiedyś zwracałam i walczyłam z wiatrakami to mi się ciągle obrywało.
I ci tu dużo mówić. Uważam, że większość tych "wspaniałych tolerancyjnych " osób to po prostu lenie i sybaryci.
No i przecież nie wszystkich wkurza to samo. To też powód dla którego często zamiast zareagować  na dany problem , po prostu chowamy się w skorupkę , wysuwając czułki. Jak się okaże , że większość by tak zareagowało to "sprytusie"  wychodzą z ukrycia , pokrzykując jacy to są  - no właśnie - tolerancyjni.
No i każdy ma inny sposób odbioru. Ja na przykład jestem empatką i wyczuwam nie zadowolenia drugiej osoby i natychmiast starałam się zapewnić sobie komfort psychiczny , potakując. No ale to też miało swoje granice . Niestety taka droga  prowadzi prościutko do potwornego wybuchu . Agresja wylewa się wtedy ze mnie jak Niagara.
Czasem to się nawet przydaje, ale efekt końcowy zawsze jest taki sam. Olbrzymi niesmak do samej siebie.
No wywaliłam co mnie gryzie a cud - koleś skończył konsumpcję. Teraz już tylko sapie jak knur.
Też trudne.do wytrzymania.
Miałam całkiem co innego napisać. A wyszło jak wyszło.
Tyle rzeczy się dzieje wokół.
Tyle jeszcze nie wiem.
 Teraz mam problem - uwielbiam kalafiory , ale mnie rozdymają. Więc przy mojej tuszy to efekt jest taki jakby mnie ktoś dusił.
Znalazłam sposób by gnie wzdymał. Trzeba dodać kminku do gotowania. Zobaczymy czy zadziała. Bo oczywiście muszę to sprawdzić na sobie. Jak się gotowany z kminkiem  kalafior  uda,  to zrobię zakładki z ciekawostkami i sposobikami.
Właściwie to muszę w końcu zrobić porządek. Bo wcale się nie wysiliłam. Parę zdjęć wkleję.
Ech , od działalności wirtualnej to jestem mistrzem. Problem z przejściem od marzeń i słów do czynu.

środa, 11 stycznia 2012

Ważyłam 161,4 kg

Napisałam to w czasie przeszłym.
Tyle osiągnęłam ----------------------ha....ha.. w dniu 17.10.2011r.
Nie ma co . Super osiągnięcie. . Chyba jakiś rekord czy cóśśśśśśśśśś.
 No bo przy wzroście 164 cm , ważyć 161,4 kg  to swego rodzaju  wyczyn.
Jak ktoś na mnie patrzył to nie wierzył , że tyle ważę.
Bo jakby nie było widać. 
Albo nikomu nie przychodziło do głowy ,że owszem gruba baba , ale góra 120kg.
Wielu znajomych  120kg uważa za kres możliwości utycia. Ale jak się okazuje, nie jest to koniec ludzkich możliwości.
I nie było tak , żebym nie walczyła.
Owszem walczyłam. Nie jadłam słodyczy. Niewiele tłuszczu .
Bez sosów. Nic smażonego.
I raczej mieściłam się w 1100 - 1300 kalorii  na dzień . Co przy tej wadze było racją głodową.
I pewnie dlatego nic mi się nie chciało. Zasiadałam przed kompem i kwiliłam cichutko w sieci jaka to ja jestem nieszczęśliwa bo co bym nie robiła to tyję - średnio 200 - 300 gram na tydzień.
I oczywiście muszę ćwiczyć, ale mi się nie chce bo nie mam na nic siły i ochoty.
I czas mi się rozpływał miedzy palcami i nic się nie działo oprócz TYCIA.
 
Od czasu do czasu szamotnęłam się w którąś stronę i .............dalej nic.
Na szczęście miewam czasem "odpały" ...no takie gwałtowne przypływy energii bez żadnego uzasadnionego powodu.
Świat wtedy różowieje , a mnie się wydaje ,że mogę ABSOLUTNIE WSZYSTKO .
No i na początku października , po 60-tych urodzinach właśnie tak mną miotnęło.
Z okrzykiem na ustach ......Życie zaczyna się po sześćdziesiątce...........rzuciłam się do kom pa i zaczęłam poszukiwania.
Bo wyszło mi , że wszystkiemu winny jest mój metabolizm. Zwolnił prawie do zera. Więc trzeba go ruszyć . Można by ćwiczyć. Ale na razie o tym nie było mowy , bo zwyczajnie mi się nie chciało.
Więc muszę znaleźć dietetyka. Prawdziwego .
Nie taką panienkę po kursach co to płacze nad kilogramem więcej u lali typu BARBI ważącej na co dzień 45kg. Tylko prawdziwego lekarza.
No i widocznie to było właściwa pora na poszukiwania , bo znalazłam.
Dr nauk medycznych od metabolizmu i paru innych ważnych rzeczy związanych z tyciem  lub .........chudnięciem.
Pojechałam.
Najpierw mnie zważono, zmierzono.
Potem spowiedź. No dosłownie - prawie 30 minut opowiadania, odpowiadania , wracania do różnych spraw z przeszłości.
Ufffffffffffff
Potem  oczywiście pierwsze o co po tym wszystkim zapytałam to o ćwiczenia i już w środku byłam przekonana, że jak mi każą ćwiczyć to znowu nic  z tego nie będzie  bo mi się nie chce . No i znowu 150 zeta w plecy.

No i zatkało mnie , bo się okazało ,że narazie nie muszę ćwiczyć tylko normalnie żyć bo Pan doktor chce zobaczyć jak sama dieta zadziała a potem powoli pomyślimy , bo moja otyłość olbrzymia nie pozwala na jakieś wygibasy.
Nadzieja zakwitła we mnie bujnym kwieciem. Dostałam dietę- jak mi powiedziano jakieś 2000 kalorii.
I  miałam ściśle przestrzegać............tylko proporcji. I nie przekraczać pewnych ilości.
No i ok. Od 17 października przez miesiąc schudłam na trwale 5kg.
Ze śpiewem na ustach poleciłam na wizytę. Jak dla mnie to mogę płacić te 130 zł na miesiąc jak mogę tyle chudnąc.
Przy kolejnej spowiedzi opowiedziałam , że te zaordynowane ilości są dla mnie OLBRZYMIE, nie daję rady tego wszystkiego zjeść. Bo jednak mimo wszystko żołądek miałam skurczony. A tam było parę warunków.
Między innymi to ,że przepisane ilości MUSZĘ zjadać.
Było to potwornie męczące w trakcie jedzenia nie raz wydawało mi się , że nie dam rady wszystkiego zjeść.
Najciekawsze przez ten miesiąc było to , że po raz pierwszy od wielu lat bywałam głodna mimo , jak  mi się wydawało potwornych ilości jedzenia.
Dostałam nowa wersję , zmniejszoną do 1700 kalorii .
Następną wizytę mam wyznaczoną na 21 stycznia.  . Chudnę dalej systematycznie . Dzisiaj ważę już 150, 6 kg , czyli o prawie 11 kilo mniej.
Pewnie byłoby lepiej , gdyby nie święta i nowy rok.
No nie dałam rady się oprzeć do końca. Popełniłam parę grzechów . No i waga bujnęła się parę razy.
Robię sobie wykres wagi. I wygląda to tak, że w pierwszym miesiącu była linia w dół  to dalej jest też w dół , tyle że wygląda to jak piła.
Chudnę dalej
. Zaczynam też powolutku wymachwać odnórzami.
I obiecałam sobie ,że wkleję zdjęcia i skan wydruku wagi pierwszej i kolejnych.
I opiszę ta dietę.
Bo MUSZĘ o tym pisać.
Bo jak piszę to mi łatwiej.  W końcu podjęłam walkę z najgorszym z nałogów. I choć mam nieco doświadczenia w walce z nałogami to ta będzie najtrudniejsza.
Pisywałam na Vitalii, ale w końcowym efekcie , przynajmniej mnie, niewiele ma ten portal do zaoferowania.  Za wyjątkiem paru przyjaźni , które tam nawiązałam.
Potrzebuję kontaktu z właściwymi specjalistami w realu.
Ale też muszę wywalać co mi w duszy buczy , bo wtedy jest mi łatwiej samą siebie zrozumieć. Samą siebie przypilnować w dotrzymywaniu danej samej sobie obietnicy.
Więc piszę